Żółte śpiochy

 

Kiedy zauważyłam, że coś jest “nie tak”? Pierwsze dziecko, brak doświadczenia, wszystko nowe, wypis szpitalny wzorowy – 10 pkt. w skali Apgar – dlaczego miałabym coś podejrzewać? Może to już było wcześniej, przed porodem, kiedy czułam w brzuchu ruchy dziecka jakby rybę wyrzucono na brzeg? takie drżenie… A może zaraz na sali noworodkowej, kiedy widziałam ciągle zaciśnięte, nieotwarte piąstki z przyspawanymi do wnętrza dłoni kciukami? Ale zewsząd płynęły uspokajające komunikaty – “noworodki tak mają”. Pierwszy niepokój, skurcz w gardle był wtedy, kiedy maluch przestał trzymać główkę, kiedy nieświadomie wykonywana próba trakcji, czyli podnoszenie leżącego dziecka za rączki ku górze, pokazywała, że coś jest “nie halo”. Potem jeszcze ta nierówność źrenic: lewa cały czas rozszerzona… Coś jest nie tak. Mimo braku uwag podczas pierwszego bilansu, idę do pediatry. Jestem po nieprzespanej nocy – całą poświęciłam na przeczesywanie internetu, a z każdą nowo otwartą stroną moje przerażenie rosło. W głowie huczą obce terminy: wzmożone napięcie mięśniowe, wiotkość, mózgowe porażenie dziecięce. Jak się to ma do mojego słodkiego, tysiąckrotnie fotografowanego, niezwykle żarłocznego trzymiesięczniaka? Chcę, by lekarz mnie uspokoił, a ten po wysłuchaniu moich obaw, ponownym zbadaniu dziecka, daje mi skierowanie do szpitala! Szaleję z niepokoju.

Następne trzy dni to jazda bez trzymanki – szpitalna diagnostyka, wędrowanie od gabinetu do gabinetu, od specjalisty do specjalisty, a każde nowe drzwi to kolejna zła wiadomość. Z tego okresu doskonale zapamiętałam, że mój maluch miał takie słodkie żółte śpiochy z niebieskim słonikiem. Jak to możliwe, że przyszłam do szpitala ze zdrowym synem, a wychodzę z niepełnosprawnym dzieckiem, o którym jedna z lekarek mówi “TO”? Wracamy do domu. Mam plik skierowań, książkę zaleceń i … inne dziecko. Diagnoza odebrała mi radość macierzyństwa i sprawiła, że musiałam przejść żałobę. Musiałam pogrzebać moje oczekiwania i projekcje, które miałam (wiem, że nie powinnam, ale która mama nie ma ich – niech pierwsza rzuci komentarzem). Nie będzie jak u wszystkich. Do dziś widać ten smutek w braku zdjęć. Jeszcze w sierpniu wszystko było utrwalane: kąpiele, posiłki, sen, spacery, pierwsze uśmiechy, bobas z babcią, dziecko z kotem, syn na podwórku, pociecha w kuchni; od września do października nie ma fotografii. Bo nie będzie jak u innych. Jak będzie? Żyję z tym pytaniem do dziś. Każdego dnia je sobie zadaję. Od 13 lat. Marząc, by moje dziecko miało szczęśliwe życie. Własne.